jump to navigation

FPFP (Fikcyjna Powieść Fantastyczno-Polityczna): Upadek Rakiety wrzesień 15, 2007

Posted by melwas in political fiction.
add a comment

 

Był późny wieczór, gdy Leszek Gęsicki przechadzał się powoli w swoim gabinecie w Pałacu Prezydenckim. Blady Księżyc rzucał delikatne światło na marsową twarz Prezydenta. Gęsicki usiadł na biurku i raz jeszcze spojrzał na odręczną notatkę, którą otrzymał kilka godzin temu. Mijały kolejne sekundy, a Gęsicki coraz bardziej niecierpliwił się. Wreszcie nie wytrzymał, otarł pot z czoła, wstał i szybkim krokiem udał się do bocznego pokoiku. Jednak w chwili, gdy miał opuścić gabinet drzwi zachrobotały.

- Nareszcie – mruknął. Odwrócił się i zobaczył znajomą sylwetkę. Łagodny uśmiech przemknął po jego twarzy. – Wszystko załatwione?

- Tak, mamy go – usłyszał cichą odpowiedź.

Gęsicki nawet nie próbował ukrywać, jak bardzo cieszy go ta wiadomość.

***

- Janek, ktoś dzwoni – rzucił nagle radny Rabin, spełznąwszy z opasłego fotela.

Jan Rakieta z trudem podniósł się z niewygodnego materaca, na którym sypiał od kilku dobrych dni, odkąd młodzi krakowscy p.o. działacze spalili mu mieszkanie. Szybko omiótł wzrokiem malutki pokoik. Jego wierny przyjaciel, radny Rabin trzymał w ręku czarną słuchawkę zabytkowego telefonu.

- Do mnie? – zapytał niemrawo poseł. Rabin nic nie odpowiedział, tylko podał przyjacielowi słuchawkę.

- Tak?

Poseł Rakieta szerzej otworzył oczy. Nagle strasznie pobladł. Jego oddech zwolnił. Ręka w której trzymał słuchawkę coraz bardziej drżała. Drugą przyłożył do suchych ust, próbując zasłonić twarz. Na oczach malowało się przerażenie. Po chwili Rabin usłyszał w słuchawce tętniący sygnał zajętości. Lecz Rakieta wciąż nie opuszczał ręki. Radny z niepokojem spojrzał na swojego kompana.

- Jasiu?

- Mają ją. Mają Kelly – odparł pustym głosem Rakieta.

- Kto? – Rabin w jednej chwili wyprostował się.

- Dobro.

Rabin tylko przełknął ślinę i spojrzał w zabrudzone okno. Padał rzęsisty deszcz.

***

Tymczasem minister Dobro, jak każdego dnia, spędzał wolne chwile na Rakowieckiej słuchając Beethovena. Swój gabinet miał tuż obok cel więźniów politycznych. Za każdym razem gdy przychodził do więzienia, rozsiadał się w swoim skórzanym fotelu i nastawiał któryś z utworów Mistrza. Wcześniej zawsze otwierał drzwi na oścież. Uwielbiał, gdy te wiedeńskie nuty mieszały się z jękami torturowanych więźniów. Suma tych dźwięków tworzyła niezwykłą wręcz symfonię – morze nut, w którym Dobro uwielbiał się pławić.

- Nowe dokumenty, panie ministrze – rzekł nieśmiało jeden z funkcjonariusz, stając obok Dobry.

Dobro rozpiął najwyższy guzik białej, wykrochmalonej koszuli i chwycił plik dokumentów. Otworzył pierwszy z góry – zaczął przeglądać. Kochał to robić. Przeglądał daty, opisy, życiorysy, spoglądał na zdjęcia, rozczytywał się w donosach – a wszystko to w majestatycznej aurze Beethovena.

-Zostaw mnie samego – rzekł zimnym głosem minister, a funkcjonariusz pospiesznie opuścił gabinet.

Po kilku chwilach przed jego oczami wylądowała najnowsza teczka, którą otrzymał. Minister, spokojnie, jakby przeglądając stare dokumenty, które przy silniejszym dotyku mogłyby się rozpaść, uchylił okładkę teczki.

- A więc wreszcie jesteś, moja droga – szepnął pod nosem a po jego twarzy przemknął złowieszczy uśmiech. W tle wciąż grał Beethoven.

***

- Jeśli nie zrezygnuje z polityki – zrobią jej krzywdę – rzekł nerwowo Rakieta, w biegu ubierając płaszcz.

- Jesteś pewien, że to on? – zapytał radny Rabin, podążając za posłem.

- To musi być on. A kto inny? – powiedział Jan nawet nie odwracając się do Jarosława. – Tak, to na pewno on. Tylko on jest do tego zdolny.

- Co teraz?

- Jedziemy do TVMu. Natychmiast – rzekł pośpiesznie Rakieta, szukając czegoś w komodzie – Muszę wygłosić orędzie! – dodał i zarzucił kapelusz z ostrym rondem na głowę, po czym opuścił dom radnego.

***

W redakcji TVM życie toczyło się jak zwykle. W newsroomie panowała burza związana z kolejnym niepokojącym oświadczeniem premiera. Tymczasem w pokoju obok redaktor Zimowski spokojnie popijał kawę i oglądał swój ostatni występ na antenie. Stojący obok – początkujący reporter stacji również przyglądał się występowi mentora.

- Pięknie Pan wypadł, panie redaktorze Zimowski – pisnął reporter cienkim głosem.

- He he – zaśmiał się zwyczajowo Zimowski i dopiwszy ostatni łyk kawy, odwrócił się do swojego ucznia – Wiem. Tak sobie pomyślałem, pracujesz już tu trochę. W sumie możesz do mnie mówić Zimo.

- Dziękuje, panie redaktorze! Tzn. Zimo! – zapiał reporter.

- Luz. A teraz przynieś mi kawę. Skończyła mi się – rzekł bez entuzjazmu doświadczony dziennikarz.

Reporter w mgnieniu oka wyskoczył z pokoiku, żeby przyrządzić nową kawę swojemu nauczycielowi a sam Zimowski wrócił do oglądania programu ze swoim udziałem. Właśnie uśmiechał się słysząc kolejny swój błyskotliwy żart, kiedy usłyszał walenie do drzwi. Początkowo nie zareagował, ale kiedy łomot nabrał bardziej irytującego wyrazu leniwie stoczył się z fotela, na którym siedział i otworzył drzwi.

- Co znowu? – mruknął pod nosem, ale po chwili zobaczył, kto stoi za drzwiami – Poseł Rakieta?

Rakieta rzucił szybko płaszcz i kapelusz na jedno z biurek stojących w pokoiku. Przyklepał zmierzwiony włos i wyciągnął Zimowskiego z pokoju.

- Muszę wygłosić orędzie! – wysapał. Zimowski nieco zblazowany podrapał się za uchem i zmierzył posła Rakietę od stóp do głów.

- Spox – rzekł młodzieżowo – Zawsze służymy opozycji czasem antenowym. Pójdzie Pan Poseł za mną. Tylko bez patosu proszę – rzucił, gdy mijali właśnie studio, w którym jedna z reporterek płakała nad losem jakiejś bardzo biednej rodziny.

Już po chwili poseł Rakieta siedział na foteliku w czyściutkim blueboxie, czekając aż redaktor Zimowski da mu znak, że może mówić. Trwało to chwilę, ale w końcu zaczął przemawiać. Przemawiał dobrych kilka minut a redaktor Zimowski wyraźnie znudzony mową posła już miał zamiar iść po kolejną kawę, kiedy nagle zamarł.

- …dlatego właśnie odchodzę z polityki. Nie będę kandydował ani do Sejmu, ani do Senatu. Z żadnej partii. Odchodzę… – rzekł Rakieta dygocąc. – To już właściwie koniec. Jednak jeśli mogę to chciałem – spojrzał na Zimowskiego a ten kiwnął głową – Chciałem przy okazji mojej rezygnacji zwrócić uwagę na los Afryki. Od wielu wieków ten kontynent cierpi nieustanne katusze. Począwszy od ery kolonialnej, kiedy to… – zaczął mówić poseł, jednak w tej chwili przerwał mu Zimowski – w słuchawce usłyszał, że na antenie leci już blok reklamowy.

- He he… – zaśmiał się Zimo – ale z Pana kłamczuszek, miało być bez patosu.

W tej samej chwili Leszek Gęsicki, oglądając program TVM uśmiechał się szeroko. Kobieta siedząca u jego boku również uśmiechała się, choć mniej wyraźnie. Gęsicki przywołał pstryknięciem jednego z oficerów BOR.

- Sprowadź tu Rakietę. W trymiga! – ryknął władczo.

***

Tymczasem w więzieniu na Rakowieckiej wciąż grał Beethoven. Dobro popijał czerwone wino i przeglądał akta jednej ze spraw. Kilkanaście metrów dalej w jednej z cel, słychać było cichy płacz kobiety. Kobieta przebywała w jednej celi z Grzesiem Odpieralskim, jednak twarz skrywała w cieniu więziennej kazamaty.

- Nie martw się, będzie lepiej. Skończą się te okrutne czasy – rzekł Grzesiu, okrywając zziębniętą kobietę kocem.

Kobietę przywiozło XYZ poprzedniego dnia w nocy. Od tamtej pory jednak nie odezwała się ani słowem. Ponoć sam Dobro interesował się jej sprawą, jednak nadzorca od chwili jej przybycia nie pojawił się w celi ani razu. Odpieralski myślał, że to ktoś z opozycjonistów. Zbliżył się do kobiety, podając jej resztę wody, którą zachował na później. Kobieta drżącymi rękami chwyciła metalowy kubek z wodą. Wzięła dwa łyki, o mało nie krztusząc się.

- Kim jesteś? – zapytał ciepłym głosem Grześ Odpieralski. Kobieta jednak milczała. – Jesteś z opozycji? Powiedz, proszę…

Nagle były sekretarz zamilkł. Przejeżdżająca ulicą ciężarówka przez chwilę oświetliła twarz kobiety. Odpieralski spojrzał raz jeszcze na tą bladą twarz. Nie mógł uwierzyć.

- Daria? – rzekł. – Daria Gęsicka?

***

Jan Rakieta był prowadzony długim korytarzem przez oficerów BOR w kierunku gabinetu Pana Prezydenta. Wreszcie stanął przed ogromnymi dębowymi drzwiami i jeden z ochroniarzy otworzył gabinet. Rakieta postąpił parę kroków do przodu. Obok kominka, w cieniu stała zgarbiona postać prezydenta.

- Jesteś Jasiu – rzekł Leszek Gęsicki, nie odwracając się. – Czekałem na Ciebie.

- Gdzie jest Kelly?! – krzyknął Rakieta, zbliżając się do Prezydenta.

- Spokojnie, spokojnie – odparł Gęsicki, wciąż grzejąc ręce przy trzaskających płomieniach – Wiesz… – rzekł, odwracając się – zawsze ci zazdrościłem. Inteligencji, błyskotliwości, kariery, poważania. Zawsze. W wielu wypadkach to ty byłeś górą – i ja to czułem. Szczególnie przez ostatnie lata. Nie miałeś szacunku dla mnie, Jasiu, nie miałeś szacunku.

- Ale… – powiedział cicho Rakieta, ale Gęsicki uciszył go ręką.

- Ale dziś widzę ciebie – pokonanego. Widzę ciebie na kolanach – i nie powiem – czuję satysfakcję. Tak – myślę, ze to satysfakcja. A może nawet radość. Koniec Rakiety – jak słodko to brzmi. Upadek! Upadek Rakiety! Ha! Jeszcze cudowniej.

- Gdzie jest Kelly? – raz jeszcze zapytał poseł.

Gęsicki uśmiechnął się delikatnie. Odszedł od kominka i otworzył drzwi od bocznego pokoiku. Za drzwiami, w jednym ze swoich kapeluszy stała ona – Kelly – piękna jak zawsze. Rokicie zaszkliły się oczy.

- Oto ona – syknął prezydent.

- Kelly! – krzyknął Rakieta, pobiegł w kierunku żony i chciał rzucić się jej w ramiona, lecz ona w ostatniej chwili usunęła się. Jan Rakieta zdezorientowany upadł na ziemię. – Kelly? Kelly?!

Lecz Kelly nie słuchała go. Minęła swojego męża i stanęła u boku prezydenta Gęsickiego. On tylko uśmiechnął się raz jeszcze złowieszczo.

- Teraz jestem z nim – rzekła zdecydowanie, patrząc Janowi w oczy. Rakieta nie mógł uwierzyć, próbował wstać, lecz był tak wyczerpany, iż nie potrafił.

- Jak to… – próbował zapytać, lecz słowo grzęzły mu w gardle.

- To była gra, Jasiu! Gra! Nie było żadnego porwania! Chciałem tylko, żebyś zrezygnował z polityki. A Kelly mi w tym pomogła. Ba! Doradzała mi! Za jej namową wyrzuciłem z pałacu Darię, za jej namową odstawiliśmy całą tą szopkę! Już od pół roku planowaliśmy to wszystko. A ty – ty, mój kochany naiwny romantyku – dałeś się nabrać! Ha ha ha! – zaśmiał się prezydent szyderczo.

- Nie! – krzyknął Rakieta – To niemożli…- nie zdołał jednak dokończyć, jeden z oficerów BORu uderzył go czymś ciężkim w głowę. Rakieta padł na ziemię nieprzytomny. Gdy inni BORowcy wynosili ciało Rakiety z gabinetu Leszek Gęsicki raz jeszcze spojrzał na swoją piękną doradczynię.

- Udało się – rzekł a Kelly kiwnęła z aprobatą i położyła głowę na ramieniu Prezydenta.

***

Tej samej nocy, gdy Leszek Gęsicki właśnie brał prysznic Kelly Rakieta jeszcze siedziała w swoim gabinecie w Pałacu. Wstała zza biurka i rozejrzawszy się, czy nie ma nikogo w pobliżu, zamknęła drzwi. Wyciągnęła z kieszeni telefon i wykręciła numer.

- Halo? – rzekł mężczyzna, odbierając telefon od Kelly. Właśnie był w USA, na zgrupowaniu swojej drużyny z Wrocławia.

- Wszystko załatwione. Jestem doradczynią Prezydenta. Rakieta załatwiony – rzekła szeptem Kelly.

Mężczyzna przyjął wiadomość z uśmiechem. Kelly jednak wciąż wydawała się zdenerwowana.

- Wspaniale. A więc wszystko zgodnie z planem. Mój mocodawca będzie bardzo zadowolony. Teraz muszę już kończyć. Do usłyszenia niebawem – usłyszała niski głos w słuchawce. Rozłączył się.

Kelly siedziała jeszcze chwilę w gabinecie, trzymając w rękach telefon. Po chwili wstała i wyszła z gabinetu, zostawiając krótką notkę Prezydentowi.

Przyganiał kocioł garnkowi wrzesień 4, 2007

Posted by melwas in lisicki, media, michnik.
add a comment

Paweł Lisicki w dzisiejszym komentarzu w “Rzeczpospolitej” oburzył się strasznie na wypowiedź prezydenta Havla na temat wyborów. Tak się biedny oburzył, że nie zauważył że przy okazji zastosował tą samą retorykę, którą krytykował.

Paweł Lisicki:

Tylko że tu chodzi o coś więcej. Nie o zwykły błąd w ocenie rzeczywistości. Część radykalnej opozycji usiłuje po prostu wykorzystać swoje kontakty i znajomości do obalenia obecnego demokratycznego porządku. Wykorzystuje niewiedzę Havla i używa go przeciw polskim interesom, byle postawić na swoim. Nienawiść do rządów Kaczyńskich tak zaślepiła ich wrogów, że dla natychmiastowego obalenia władzy gotowi są zaakceptować wszelką pomoc. Oni po prostu już nie są w stanie czekać. Nie potrafiąc zdobyć zaufania własnych obywateli, szukają oparcia gdzie indziej. Marzą o natychmiastowej zmianie. A skoro nie udaje się do niej Polaków przekonać, skoro nie ma żadnej pewności, że Kaczyńscy przegrają z kretesem, chcą to narzucić.

Adam Michnik:

Powiedzieć wypada dziś jedno – ale za to dobitnie. Rubikon został przekroczony; Rubikon, który oddziela demokratyczne państwo prawa od państwa pełzającego zamachu stanu. Nie można już mieć wątpliwości – środowisko braci Kaczyńskich użyje wszystkich chwytów i sposobów, by ukryć prawdę o swych ponurych sekretach i ocalić władzę do nowych wyborów.

Paweł Lisicki, gdy słyszy, że Polsce grozi totalitaryzm wzrusza ramionami. Widocznie ma inne problemy. Na przykład obawia się, że radykalna opozycja (czyli kto? Michnik?) chce obalić obecny demokratyczny porządek. Ba! Są gotowi zaakceptować wszelką pomoc, byleby tylko obalić Kaczyńskich – działając tym samym przeciwko polskim interesom.

Jakoś trudno mi połączyć działanie przeciw Polsce z chęcią odsunięcia demokratycznymi (!) metodami Kaczyńskich od władzy. No, ale dla pana Lisickiego musi to być co najmniej oczywiste. Zwykły człowiek może się zwyczajnie zagubić w otaczającym szumie medialnym.

Otóż ostre pióra dwóch z trzech naczelnych największych gazet w Polsce straszą nas okrutnie, wpisując się tym samym w piękny symetryczny obraz polskiej publicystyki. Bo ja sam już nie wiem, co myśleć. Czy to pełzający zamach stanu przeprowadzany przez kaczystów, czy obalanie demokratycznego porządku przez przebrzydłą opozycję wspieraną najpewniej z zagranicy? Trzeba poczekać, co na to Robert Krasowski z “Dziennika” – może i on ma pewną teorię?

Lisicki i Michnik mogliby się spotkać. Na pewno dyskusja byłaby bardzo ciekawa. Oni by sobie gadali o zamachach stanów, a życie toczyłoby się dalej.

źródła: “Rzeczpospolita” “Gazeta Wyborcza”

Profesjonalizm Włochatego Wojtka i Polityka Dużego Bogdana wrzesień 3, 2007

Posted by melwas in abw, media, polityka.
add a comment

CBA i ABW wystąpiło na wspólnej konferencji prasowej. Potwierdziły się  na pewno dwie sprawy. Wojciech Czuchnowski powinien odpocząć od pisania a Bogdan Święczkowski od sterowania służbami. 

Wczoraj w internecie karierę zrobiła szokująca zajawka artykułu “Wyborczej” – “Dzwoni Krauze do prezydenta” (dziwnie mi się skojarzyło z “Przychodzi Rywin do Michnika” – ale to tylko przypadek widocznie). Autorem był zawsze nieogolony Wojciech Czuchnowski i zawierała ona wypowiedź pewnego anonima na temat akcji ABW (jak się później okazało CBA) w biurach Prokomu.

Jak każdy szanujący się obserwator polityczny sięgnąłem zatem rankiem po gazetę, oczekując pokaźnego artykułu, obudowanego faktami… – a tu psikus. Widzę zaledwie kilka kolumn podpisanych przez Czuchnowskiego, w których jest tylko ta sama wypowiedź anonima co w zajawce i dementi Pałacu Prezydenckiego.

Nie wiem czy to, co mówi anonim z Prokomu to prawda czy fałsz. Nie wiem. Ale wiem, że minimum zdrowego rozsądku nakazuje, by głównej tezy tak szokującego w wydźwięku artykułu nie opierać na jednym anonimowym źródle. Na dodatek kiedy słyszę, iż pan Czuchnowski nawet nie pofatygował się, by zapytać się kogokolwiek w ABW czy CBA o ich wersję, to mogę tylko załamać ręce.

Na takim czymś bowiem Kaczyńscy zbijają kapitał polityczny. Tak jak w sztukach walki wykorzystują inercję swoich przeciwników. Zamiast uderzać celnie, w miejsca, których Kaczyńscy nie chronią, ludzie tacy jak Czuchnowski wykonują niedźwiedzią przysługę przeciwnikom PiS. A czy to takie trudne popatrzyć czy chociażby pomyśleć, zanim się uderzy?

Popatrzmy bowiem na takiego szefa ABW, który po dzisiejszej konferencji powinien w normalnym państwie zostać zmasakrowany przez media. Kto bowiem słuchał dzisiejszych emocjonalno-politycznych Bogdana Święczkowskiego powinien być przynajmniej mocno zszokowany. Od dawna wiadomo, że służby takie jak ABW czy CBA mają mocno polityczną genezę, ale nie pamiętam sytuacji, by szefowie służb tak otwarcie przyznawali się do politycznych konotacji.

Bogdan Święczkowski dzisiaj zagalopował się tak bardzo, że aż dziwne, iż jego rzeczniczka prasowa nie kopnęła go w kostkę, by się uspokoił. Najpierw otwarcie zarzucił byłym szefom CBŚ i KGP korupcję, by potem z jakimś dziwnym podnieceniem opowiadać, jakie to Prawo i Sprawiedliwość jest wspaniałe i cudowne na tle innych partii, które chronią przestępców.

Czytałem niedawno artykuł, w którym była mowa właśnie o szefie ABW. Ponoć był jednym z niewielu kumpli Ziobry na studiach, ponoć wszystko zawdzięcza właśnie jemu, ponoć jest jego najwierniejszym żołnierzem. I gdybym był najbardziej sceptyczny, to po kilku ostatnich występach byłego prokuratora trudno w to nie uwierzyć.

Tym bardziej trzeba bić na alarm. Wygląda bowiem na to (choć to tylko przypuszczenie), że poprzedni szef ABW – pan Marczuk został wyrzucony właśnie dlatego, iż nie był dostatecznie elastyczny. Na jego miejsce przyszedł Święczkowski, który widocznie takich problemów już nie sprawia. Z tego też można wysnuć wniosek, iż ABW jest bezpośrednio karzącą ręką Ziobry, co przy politycznych inklinacjach Dużego Bodzia (udzielił mi się nastrój tych podsłuchów) może być dosyć niebezpieczne.

Oczywiście, szef Agencji mówi, iż ta robi wszystko zgodnie z prawem. Ale jak wiadomo prawo drewniane nie jest, ale jak powiedział niedawno redaktor Jachowicz – ma w sobie coś z gumy. Jak pokazuje casus Rafała R. (cokolwiek prawdopodobny jeśli chodzi o mechanizm) nawet w obrębie prawa można dokonywać różnych nie do końca uczciwych sztuczek. A to, przy dość ograniczonej kontroli służb z zewnątrz (Wassermann nic nie ma do gadania nawet – Komisja ds. Spec-Służb nic nie może) daje powody do zmartwienia.

Święczkowski mówi, że służby są za słabe. Trudno mu się dziwić – w końcu wolałby pewnie, jak każdy polityk, mieć więcej zabawek w ręku. Możliwe, że ma racje. Nie mniej jednak podstawową sprawą, jaką powinien zająć się nowy rząd w przyszłej kadencji powinno być usprawnienie procedur. Trzeba bowiem dokonać takich zmian, by nie trzeba było skupiać się na użeraniu się z Ziobrą, ale by powstał system, który takim ludziom jak Ziobro nie będzie pozwalał na nazbyt frywolne zabawy.