jump to navigation

Tysiąc, Hitler i Bóg Zapłać październik 8, 2007

Posted by melwas in media.
Tags: , ,
add a comment

“Gość Niedzielny” piórem swojego naczelnego ks. Gancarczyka raczył był zaprezentować w ostatnim edytoriale credo “prawdziwego katolika”. Dowiadujemy się więc, że Alicja Tysiąc to morderczyni a sędziowie ze Strasburga to “następcy” hitlerowskich zbrodniarzy.

Czego można się spodziewać po księdzu? Empatii? Współczucia? Troski? Wrażliwości? Łagodności? Miłosierdzia? Chyba nie do końca. Prędzej uraczymy słów pogardy i przejawów szczucia. I to jak się okazuje nie tylko w wydaniu ojca Rydzyka. Gdy idzie bowiem o aborcję czy eutanazje, to Rydzykowe czarownice dziwnie karleją przy wyczynach innych “duchownych”.

Ciekawe, że ponoć jednym z fundamentów wiary katolika powinien być szacunek, a właśnie tego szacunku, gdy idzie o sprawy związane z aborcją chociażby u najbardziej katolickich z katolików trudno szukać. Wówczas to publicystom i duchownym włącza się syndrom konia pociągowego, klapki opadają na oczy i wszyscy ci wierni katolicy ruszają z dzikim pędem, wierzgając i prychając na wszystkie strony.

Wówczas to nie działają żadne hamulce, katechizm, Biblia czy inne mało znaczące świstki filozoficznych bredni Jezusa są odkładane na starannie przygotowane odkurzone półeczki, gdzie mają robić za idealną ozdóbkę katolickiego image. Hulaj dusza, piekła nie ma! W imię odruchu Pawłowa, prawdziwi chrześcijanie naraz porzucają umiar, miłosierdzie, szacunek i tym podobne pierdoły, tworzą potężne historyczne paralele czy budują ogromne wielowątkowe metafory, rozumiane przez nieliczne grono prawdziwych katolików.

To, co może budzić niesmak, gdy występuje u zwykłych komentatorów, budzi obrzydzenie, gdy pojawia się w słowach duchownych. Mowa oczywiście o tych malowniczych porównaniach, których użył ksiądz (sic!) Gancarczyk o ostatnim wstępie do swojego tygodnika katolickiego (sic!):

Na wypoczynek jeździli do Międzybrodzia Bialskiego. Widzimy słynnego doktora Mengele w towarzystwie Hoessa i innych oficerów. Roześmiani, zrelaksowani.

Przyzwyczaili się do morderstw dokonywanych za płotem obozu. A jak jest dzisiaj? Inaczej, ale równie strasznie. Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Strasburgu odrzucił właśnie odwołanie rządu polskiego w słynnej już sprawie Alicji Tysiąc.

[...]A co z sędziami, którzy wydali tak nieprawdopodobny wyrok? Zapewne na weekendy jeżdżą w różne urokliwe miejsca. Są uśmiechnięci, zrelaksowani. Przyzwyczaili się.

Tak, widać tą empatię u księdza, widać tą lekkość pióra. I te jakże wspaniałe porównanie – ad hitlerum zawsze w cenie. Proszę sobie tylko wyobrazić skruszonego lekarza, który idzie do Gancarczyka wyspowiadać się z przeprowadzonej aborcji. Kim jest ten lekarz? Hoessem, Mengele, Claubergiem? A jaka miałaby być pokuta dla takiego lekarza? Jakaś na kształt norymberskiej?

Nieustanne nagonki, jakie organizuje ksiądz Rydzyk budzą oburzenie, ale jak widać metody Rydzyka nie są obce i innym katolickim publicystom, którzy wciąż z rozkoszą lubią rzucać na około wielkimi słowami i obelgami, opakowanymi w chrześcijańskie wartości.

Lecz to nie koniec prawdziwie chrześcijańskich wywodów księdza. Gancarczyk pisze w innym miejscu:

W konsekwencji pani Tysiąc otrzyma 25 tys. euro odszkodowania, plus koszty postępowania, za to, że nie mogła zabić swojego dziecka. Mówiąc inaczej, żyjemy w świecie, w którym mama otrzymuje nagrodę za to, że bardzo chciała zabić swoje dziecko, ale jej nie pozwolono. To odszkodowanie będzie pochodzić z budżetu państwa, a więc z naszych podatków.

Pomijam zupełnie moralną ocenę Alicji Tysiąc. Pomijam zupełnie tragiczny wybór: nie urodzić i urodzić, ale nie móc wychować. Trzeba bowiem zwrócić uwagę na sam fakt, że Alicji Tysiąc zabrano przysługujące jej prawo. To księdza już w ogóle nie interesuje. Dziwne, że obywatel, który szczyci się tym, że płaci podatki zupełnie ignoruje fakt istnienia polskiego prawodawstwa oraz fakt istnienia niezależnych sądów.

To wszystko składa się na obraz grupy tych prawdziwych, najprawdziwszych katolików, którzy z inkwizycyjnym zapałem siekają mieczami wiary na prawo i lewo, mając w głębokim poważaniu to wszystko, co ponoć jest tak ważnym wyróżnikiem chrześcijaństwa. Tak naprawdę wycierają sobie twarz wartościami, które ponoć wyznają, zupełnie nie zwracają uwagi na to, co przysięgają przed Bogiem, zupełnie jak niegdyś Krzyżowcy w jednej rączce trzymają krzyż, w drugiej kamień.

Tym śmieszniejsze są te walki o wpisanie wartości chrześcijańskich do każdej możliwej preambuły. Wartości? Jakich Wartości? Amen.

źródło: “Gość Niedzielny”

Maryla skrytykowała PiS październik 6, 2007

Posted by melwas in media, michalski.
add a comment

Piątek wieczór. Samotny bloger w ciemnym pokoju ze szklaneczką whisky przegląda internetowe dyskusje. Zza chmur nieśmiało wygląda księżyc w pełni. Wreszcie, po kilku chwilach, coś przykuwa wzrok blogera. Widzi go. Komentarz…

Jaki komentarz? Obojętne. Mówiąc prawdę, nie było samotnego blogera w piątkowy wieczór przed komputerem, były dyskusje internetowe, ale nie było tego komentarzu. Czy księżyc wyglądał nieśmiało zza chmur, bloger nie miał pojęcia, bo siedział w zadymionym klubie, a nawet gdy z niego wyszedł to nie patrzył w niebo, tylko bezlitośnie szamał drugiej świeżości kanapeczkę – tak był głodny. Whisky też nie było. Maryli też nie było i jej krytyki PiS też. Była w zasadzie tylko Mary, Krwawa Mary. Niedobra, żeby dopełnić obraz całości.

Ktoś jeszcze nie rozumie o czym tak naprawdę piszę? Śpieszę z odpowiedzią – piszę o Cezarym Michalskim, tym nieszczęsnym dziecku po POPiSie, pozostawionym w sierocińcu przez dwóch okrutnych politycznych rodziców, którzy bardziej woleli okładać się rączkami po buziach, czy łapami po mordach, niźli zbudować dla wrażliwego Cezarego dom.

Dziś, dwa lata po tych tragicznych wydarzeniach, po tej okropnej październikowej nocy, w której łzy Cezarego łączyły się z deszczowym potokiem, spływającym z nieba, redaktor Michalski coraz bardziej zadziwia. Zachowuje się bowiem, jak porzucony za miastem piesek, który przywiązany do drzewa z impetem próbuje zerwać się ze smyczy i pędzić na uciekającym samochodem, który to piesek warczy na wszystkich, którzy chcą go przygarnąć, wciąż tęskniąc za swoimi właścicielami. Dziwny jest Michalski.

Dzisiaj nazwał Ziomeckiego pacanem. Żeby tylko z jakiegoś konkretnego powodu. Nie, Ziomecki powiedział, że Czarek ciągle gada o Michniku. No, bo gada. Co na to poradzić? Skończyło się tym, że Michalski znów eksplodował. Znów nerwowo zaczął się podśmiewać, wtrącał się w każde zdanie i wariował na antenie. Ktoś mógłby pomyśleć, że z redaktorem Michalskim naprawdę jest coś nie tak. Może warto by było napisać jakiś list w obronie – tylko kogo? Ziomeckiego czy Michalskiego?

Michalski ostatnio w ogóle jest bardzo nerwowy. W każdej niemalże audycji powtarza to samo zdanie: może znowu nas okłamią, może znowu nas okłamią. Kto? Tusk i Kaczyński. Michalski chyba myśli, że jego polityczni rodzice jednak wrócą, że samochód z właścicielami jednak zawróci na prostej drodze. Chyba stąd, z tego narastającego podniecenia, które każe redaktorowi czekać i tęsknić, biorą się te jego harce?

Dziś wyraźnie chwalił Marcinkiewicza, bronił go przed wstrętnym Kaczorem. Bo i Michalski to taki trochę Kaziu z Lądka Zdrój. Tylko Marcinkiewicz ma lepiej, bo w PO go chcą. A kto chce Michalskiego? Dla lewicy, zwartych oddziałów Żakowskiego Michalski to typowy PiSowiec, dla prawicy Wildsteinowej Cezary to nie wiadomo kto. I obie strony chyba nie bardzo go lubią. Uważają za dziwaka, prawicowo-lewicową hybrydę, dużo bardziej niekulturalną wersję Bugaja.

Jednak coraz częściej mam wrażenie, że tu w zasadzie nie o politykę chodzi czy poglądy, ale o psychologię jakąś. Michalski coraz bardziej jawi się jako outsider, ale outsider zupełnie karykaturalny, bo taki który za wszelką cenę chce być przez kogoś przygarnięty. Problem pojawia się wówczas, gdy okazuje się, że nikt go przygarnąć nie chce, to i Michalski miota się, pluje – jednym słowem staje się histeryzującą chłopo-panienką, którą można uspokoić chyba tylko strzałem w twarz.

Nie chciał go pampersy, nie chce go PiS, nie chcą go centryści, nie chce lewica. Z każdym próbuje się zaprzyjaźnić, ale mało kto tą przyjaźń odwzajemnia. Nawet Paradowska, niegdyś łaskawa rzadko kiedy go zaprasza, nawet u Michniewicz kłóci się ze wszystkimi. Co mu pozostaje?

Ot, tęsknić ciągle. Stać w miejscu. Żyć wspomnieniami i marzyć, by go okłamali. I pluć, i wierzgać i szamotać się na łańcuchu. Tylko po co?

…i samotny bloger wrócił z zadymionego klubu. Rzucił się na łóżko i rano włączył radio. A tam Michalski właśnie od pacanów wyzywa i nerwowym głosikiem próbuje odszczekiwać karcącemu go Węglarczykowi. Bloger odsłuchuje te podskoki do końca, siada przed komputerem i snuje się gdzieś po powierzchni rozważań, o tym ile w Michalskim rozumu a ile dziecięcej egzaltacji.