jump to navigation

Misja specjalna zawsze lojalna? wrzesień 25, 2007

Posted by melwas in media.
add a comment

Jan Pospieszalski ostatnio narzekał, że 8 lat temu media były łaskawe dla Aleksandra Kwaśniewskiego. Tak, smutne to były czasy, gdy mediami publicznymi zarządzali ludzie Prezydenta. Dziś jednak praktyki tamtych czasów są kontynuowane, jeśli nie twórczo rozwijane.

Jak wiemy na dniach mamy być świadkami debaty pomiędzy Aleksandrem Kwaśniewskim a Jarosławem Kaczyńskim. Telewizja publiczna musi więc przygotować odpowiednie pole dla późniejszej dyskusji. Jest to niewątpliwe bardzo ważna misja, można by rzec: misja specjalna.

Niezawodna w takich okolicznościach jest właśnie “Misja Specjalna” pod redakcją Anity Gargas – słynnej redaktorki, wybitnie zakochanej w byłym prezydencie. Co prawda głupio by było zajmować się pijaństwem Kwaśniewskiego, gdyż materiał dni ostatnich specjalnego śledztwa nie wymaga, a większość społeczeństwa już od dawna wie, że Kwaśniewski w Charkowie…

Padło więc na fundacje Kwaśniewskiego “Amicus Europae”. Oczywiście premier Kaczyński ostatnio w odniesieniu do początków PC mówił coś o odgrzewanych kotletach, ale widać nie każdy dobrze odgrzany kotlet smakuje źle. “Misja specjalna” nic specjalnie nowego nie odkryła, ale w materiale dużo mówiącej i przerywającej Doroty Kani nie zabrakło smutnych i potępieńczych słów.

Najciekawsze jednak były autorytety redaktor “Wprost” wypowiadające się w materiale. Była to Julia Pitera z przywróconej chwilowo do łask PO, doskonale obeznany w sprawach europejskich – specjalista od inwigilacji w obiektach sportowych – bezpartyjny (ale odpowiednio życzliwy) eurodeputowany Ryszard Czarnecki oraz… uwaga, uwaga – fachura od transparentności i uczciwości… Leszek Miller.

Można się dziwić, że redaktor Kania tak wyczulona na wszelkie przekręty na eksperta (od uczciwości?) wzięła sobie akurat byłego premiera, ale co się dziwić – w końcu we “Wprost” Leszek Miller od zawsze był uważany za postać wybitną, co kiedyś w pełnym wzruszeń tekście z 2004 roku udowodnił dzisiejszy szef Kani, redaktor Janecki:

Dzięki sprawowaniu funkcji premiera Leszek Miller stał się politykiem w pełni godnym zaufania. Tak twierdzę, mimo fatalnych notowań premiera. [...] Jestem przekonany, że Leszek Miller byłby dobrym premierem na następne cztery lata i byłby też chyba dobrym prezydentem.

Nie wiadomo, czy byłby dobrym prezydentem. Dobrym specem od naparzania Kwaśniewskiego jest na pewno. Nadchodzą więc chyba dobre czasy dla Leszka Millera w TVP – o ile oczywiście ekipa PiSowska utrzyma się przy władzy. Oczywiście można uznać, że pojawienie się Leszka Millera jako eksperta “Misji” jest zupełnie przypadkowe i nie ma związku z tym, że PiS szykuje się do walenia w Kwaśniewskiego. Można, ale po co? Zwłaszcza, że w jednym z ostatnich numerów Dziennika, Luiza Zalewska opublikowała tekst, w którym opisuje w jak szczególnych relacjach z braćmi Kaczyńskimi jest dyrektor Programu I niezależnej TVP.

Luiza Zalewska, w tekście zupełnie nieporuszanym na Salonie pisze między innymi:

Skąd Raczyńska zna braci Kaczyńskich, i to aż tak dobrze, by być ważniejsza od prezesa publicznej telewizji? To pierwsza zagadka w jej wyjątkowym życiorysie. Ona sama w wywiadach opowiadała tak: “Przyjaźnię się z panią Jadwigą Kaczyńską. Cieszę się zawsze, kiedy mogę z nią porozmawiać.”

Sam tekst jest bardzo długi i zawiera mnóstwo smaczków, takich jak fałszywy ślub, który miała urządzić Raczyńska, a na którym był między innymi sam przyszły wtedy jeszcze premier, czy chociażby zagadkę tego, jak Raczyńska odnalazła się na jednej ławce kościelnej z mamą braci Kaczyńskich. Czy to wszystko prawda? Nie wiemy do końca. Wiadomo, że już redaktor Wildstein z Raczyńską miał problemy tak duże, że ta gdy miała zostać odwołana z wrażenia się rozchorowała.

Nie trzeba już wspominać, że szefem telewizji jest prominentny działacz PiS, a do niedawna media publiczne kontrolowała kandydatka PiS do Sejmu RP. Wcześniej pojawiały się informacje medialne, jakoby prawdopodobna wielbicielka Zbigniewa Ziobry, pani Kotecka majstrowała coś przy materiałach do “Wiadomości” do tego stopnia, że w telewizyjnym molochu “zagubiła” się taśma z wypowiedzią Ziobry, odebraną jako grożenie opozycji. Teraz widz “Wiadomości” również nie mógł się dowiedzieć, że premier cokolwiek wspomniał o “13 grudnia 1981″. Takich “wpadek” pewnie znalazłoby się więcej…

Generalizować nie można, bo i nie wszystko jest w TVP skrzywione. Redaktor Leski przez PiS wykorzystać by się nie dał, redaktor Strzyczkowski również jest światełkiem w tunelu. Ba! I redaktorowi Pospieszalskiemu zdarza się tak przyhamować, że nawet warto słuchać. Ale czy to decyduje o wizerunku telewizji? A może o tym decydują “Wiadomości” i “Misja specjalna”. A jeśli tak…

To czy rzeczywiście tyle się zmieniło przez te 8 lat, panie redaktorze Pospieszalski?

Hail Caesar wrzesień 25, 2007

Posted by melwas in Kaczyński, polityka.
add a comment

Właśnie po raz kolejny obejrzałem film Ridleya Scotta pt. “Gladiator”. Nie pamiętam nawet który to już raz. Ponoć jest tak, iż za każdym kolejnym razem człowiek, oglądając znany już sobie film zauważa inny, mniej lub bardziej istotny szczegół. Dziś, kilka tygodni przed wyborami, po dwóch latach rządów Jarosława Kaczyńskiego moją uwagę zwróciły dwa bardzo ciekawe fragmenty, które należy potraktować jako swego rodzaju ciekawostkę.

Pierwszy z nich dotyczy rozmowy Commodusa, samozwańczego cesarza rzymskiego ze swoją siostrą Lucillą. Fragmenty ze scenariusza w oryginale:

***

COMMODUS: Who would deign to lecture me?

LUCILLA: Commodus, the senate has its uses.

COMMODUS: What uses? All they do is talk. It should be just … you and me, and Rome.

LUCILLA: Don’t even think it. There has always been a senate….

COMMODUS: Rome has changed. It takes an Emperor to rule an empire.

LUCILLA: Of course, but leave the people their….

COMMODUS: Illusions?.

LUCILLA: …traditions.

COMMODUS: My father’s war against the barbarians, he said it himself it achieved nothing. But people still loved him.

LUCILLA: People always love victories.

COMMODUS: But why? They don’t see the battles? What do they care about Germania?

LUCILLA: They care about the greatness of Rome.

COMMODUS: The greatness of Rome? But what is that?

LUCILLA: It’s an idea, greatness. Greatness is a vision.

COMMODUS: Exactly. A vision. Do you not see, Lucilla? I will give the people a vision of Rome and they will love me for it. They will soon forget the tedious sermonizing of a few dry old men. I will give them the greatest vision of their lives.

 

***

Druga scena dotyczy rozmowy pomiędzy dwoma senatorami, w momencie, gdy cesarz Commodus ogłosił igrzyska dla Rzymian:

GAIUS: Games! 150 days of games!

GRACCHUS: He’s cleverer than I thought.

GAIUS: Clever? The whole of Rome would be laughing at him if they weren’t so afraid of his Praetorian.

GRACCHUS: Fear and wonder. A powerful combination.

GAIUS: Do you really think the people are going to be seduced by that?

GRACCHUS: I think he knows what Rome is. Rome is the mob. He will conjure magic for them and they will be distracted. He will take away their freedom, and still they will roar. The beating heart of Rome is not the marble of the Senate, it is the sand of the Colosseum. He will bring them death, and they will love him for it.

***

I teraz zróbmy mały eksperyment.

Za Senat, podstawmy Trybunały i Sądy. Za siostrę, brata. Za cesarza, prezesa. Za Rzym, Polskę. Za Pretorian, prokuraturę. Za igrzyska, …walkę z układem.

Oczywiście otrzymamy wizję przerysowaną, w pewnych momentach nieprzystającą do współczesnej rzeczywistości. Trzeba jednak zauważyć, że w pewnym stopniu cytaty te przedstawiają prawdy ponadczasowe, mające zastosowanie w każdej rzeczywistości, w każdej epoce, w każdym zakątku świata. Także w dzisiejszej Polsce.

Odnieśmy słowa dotyczące Rzymu, Tłumu i samego Cesarza do dzisiejszej Polski, Obywateli i premiera:

Who would deign to lecture me?” mówi Cesarz o Senacie, w domyśle stopującym jego działania. Commodusowi nie podoba się sytuacja, w której grupka osób, w domyśle elit – niejako wiąże mu ręce – ogranicza pole działania. Przecież on wie lepiej, więc jak ci starcy mogą go pouczać? Skąd my to znamy?

Co mówi Jarosław Kaczyński? “Jest nieporozumieniem traktowanie Trybunału jako zespołu mędrców”. Czy nie jest to ten sam typ myślenia? Premier wedle własnego mniemania czyni dobrze, jednak grupka ludzi próbuje blokować jego naprawcze działania. W domyśle są to ludzie oderwani od rzeczywistych problemów, stojący zasadniczo w opozycji do pragnień obywatela.

Co ciekawe również w filmie, w rozmowie Commodusa z senatorem Gracchusem pojawiają się takie oto słowa:

 

GRACCHUS: The Senate is the people, Sire, chosen from the people, to speak for the people.

COMMODUS: I doubt if many people eat so well as you do, Gracchus, or have such splendid mistresses, Gaius. I think I understand my own people.

Czy teoria o łże-elitach, tak naprawdę żerujących na pracy zwykłych obywateli, czy oligarchach, którzy kosztem pracy zwykłych zjadaczy chleba i dzięki niejasnym interesom dorobili się fortun, nie jest tak naprawdę inną formą tego dialogu pomiędzy Cesarzem a Senatorem?

Kaczyński mówi o czymś jeszcze. Nie dość, że Trybunały i Sądy zasadniczo wywodzą się z pewnego “Salonu”, to jeszcze na dodatek w zasadzie nie robią niczego dobrego dla kraju. W domyśle, dla kraju działa prokuratura, a sądy przeciwdziałają tej dobrej pracy, choćby wypuszczając na wolność doktora G. czy kwestionując niektóre “słuszne” zarzuty.

O tym samym mówi Commodus: What uses? All they do is talk. Oczywiście Jarosław Kaczyński nie posuwa się aż do stwierdzenia, że powinna być tylko Polska, On i Brat, ale na pewno czyni wstęp do zastanawiania się, czy czasem nie ma takich zakusów. Często posuwa się nawet dalej, mówiąc, iż trzeba się zastanowić na kształtem Trybunału, jednak mimo wszystko są to tylko papierowe groźby.

Ciekawe są również dalsze linijki scenariusza, która tak naprawdę pokazują, na czym Jarosław Kaczyński buduje swoją popularność. Lucilla mówi między innymi, że ludzie kochają zwycięstwa oraz, że zależy im na wielkości Rzymu. Nie wiedzą, co się dzieje w Germanii, w domyśle – ile ginie tam ludzi, jak ciężkie są bitwy, ale wieści o przychodzących zwycięstwach krzepią ich i budują w nich uwielbienie dla przywódcy.

Kaczyński, będąc premierem korzysta właśnie z takich odruchów. Wielu ludzi tak naprawdę nie obchodzą niuanse, nie obchodzi ich czy G. zabił naprawdę albo czy P. naprawdę chronił gangsterów, nie jest do końca ważne, czy Lepper rzeczywiście chciał brać łapówkę albo czy przed wejściem do domu Blidy jakaś narada miała miejsce czy nie. Ważny jest efekt. Wizja. A wizją jest walka z korupcją, której masowość ma tworzyć wrażenie jej skuteczności.

A że po kilku tygodniach, miesiącach czy latach sąd czy inny trybunał uzna, iż sprawa była naciągana albo człowiek jest częściowo lub całkowicie niewinny, to jest zupełnie nieważne. W końcu, jak mówi Commodus: They will soon forget the tedious sermonizing of a few dry old men. I trudno nie zgodzić się z tą opinią.

Również rozmowa między dwoma senatorami jest sympomatyczna. Równie dobrze można by zamienić ich togi na szykowne garnitury lub nawet zwykłe flanelowe koszule i wyobrazić sobie dwóch intelektualistów rozmawiających na ten sam temat w dzisiejszej Polsce.

I znowu, nie można oczywiście o strachu dzisiejszym mówić tak samo, jak o strachu pod rządami okrutnego cesarza. Można jednak szukać pewnych analogii. Czy jednak ten strach (jeśli istnieje) dotyczy tylko działań aparatu ścigania? Nie do końca. Pewnikiem jest, iż ostre natarcie prokuratury i służb, z którymi mamy do tej pory do czynienia wymusza pewne obawy – obawy o szukanie haków, o grzebanie w życiorysach czy spektakularne zatrzymania a la Wąsacz, jednak prawdziwy strach ujawnia się gdzie indziej.

Jest to strach obecny choćby w szeregach obozu rządzącego, objawiający się jako obawa przed posądzeniem o zdradę, o udział w układzie. Jest to także strach w spółkach skarbu państwa, strach przed utratą stanowisk, strach przed popadnięciem w niełaskę, strach przed wypchnięciem poza polityczny biegun. Strach ten oczywiście łączy się z podziwem dla Jarosława Kaczyńskiego, jako świetnego przywódcy i wspaniałego taktyka. Wydaje się, iż właśnie te dwie rzeczy tak mocno łączą trzon PiSu, będący niemal wojskiem Kaczyńskiego.

Z wyborcami jest inaczej. Na wyborach Kaczyński nie może wymusić strachu, pozostaje mu tylko podziw. Jednak prezes PiS przyciąga swój elektorat czymś innym, również opisanym w dialogu między senatorami.

I think he knows what Rome is. Rome is the mob. The beating heart of Rome is not the marble of the Senate, it is the sand of the Colosseum. He will bring them death, and they will love him for it.

Bijące serce Polski to nie mury Trybunału Konstytucyjnego i Sądów Najwyższych. To zwykły brak chleba, brak pracy, brak perspektyw i bieda. W końcu to spotkania z lekarzami żądającymi łapówek czy ciągnące się kolejki w urzędach czy przychodniach. PiS idealnie kanalizuje te wszystkie tęsknoty, żale i złości zwykłych Polaków, których właśnie silny przywódca, dając im wielki policyjno-prokuratorsko-antyukładowy show, odciąga od problemów codzienności, karmiąc ich “śmiercią”, która w tym wypadku oznacza ludzi wyprowadzanych w kajdankach, ciemne zwalczane układy czy wreszcie efektowne słowa w polityce zagranicznej.

To wszystko wcale jednak nie pokazuje, że Kaczyński ma ciągoty do autorytaryzmu czy cesarstwa. Kaczyński nie jest ani Commodusem ani Putinem i pewnie nigdy nim nie zostanie. Te krótkie zestawienie pokazuje, czemu PiS wygrywa, a czemu PO i LiD zostają daleko w tyle.

Scenariusz do “Gladiatora” został napisany pod koniec lat 90. Mógł jednak być napisany i 10 lat wcześniej, i 100, czy wreszcie być opisem prawdziwych rządów dyktatorskich. Bo pokazuje pewne uniwersalne zjawiska. Zjawiska, z których Kaczyński idealnie potrafi korzystać.

Chęć oglądania widowisk, zamiłowanie do “przelewanej krwi”, rządów silnej ręki, niechęć do elit czy wreszcie żal, wynikający z własnej nieporadności. Na tych wszystkich nutach idealnie gra prezes Prawa i Sprawiedliwości. Tym samym nie możemy spodziewać się po nim merytorycznej debaty, nie możemy spodziewać się wielkich debat – Kaczyński to mistrz małych gierek i grania na ludzkich lękach, słabościach i emocjach.

Dlatego właśnie zarówno Tusk czy Olejniczak nie mają z nim większych szans. Kaczyński bowiem reprezentuje to bijące serce Polski, Tusk i Olejniczak wciąż siedzą na marmurach Senatu.

Co z tego, że Kaczyński rozniesie Kwaśniewskiego… i odwrotnie wrzesień 24, 2007

Posted by melwas in polityka, wybory.
add a comment

Szykuje się wielkie starcie: III RP vs. IV RP. Jak to bywa z takimi wiekopomnymi wydarzeniami, wielkie będą oczekiwania przed i wielkie rozczarowanie po.

Starcie liderów obu partii może i będzie efektowne, ale na pewno niczego nie wniesie. Siłą rzeczy bowiem będzie to pojedynek na ładne słowa a nie na konkretne rozwiązania. Czy usłyszymy coś o podatkach albo służbie zdrowia, co będzie warte uwagi?

Doskonale sobie wyobrażam wypowiedzi obu stron na temat reformy służby zdrowia. Kaczyński: nigdy w historii nakłady na służbę zdrowia nie wzrastały tak szybko. Kwaśniewski: nigdy w historii sytuacja w służbie zdrowia nie była tak tragiczna. Bach. 30 sekund minęło. Dziennikarka czy dziennikarz z poważną miną kiwają głową i przechodzą do następnego tematu.

Gospodarka. Kaczyński: Mamy wspaniały wzrost gospodarczy i fantastyczne wyniki, bezrobocie spada, pensje rosną, obniżymy podatki. Kwaśniewski: Rząd, mimo koniunktury nie robi nic dla finansów publicznych, niskie bezrobocie to zasługa emigracji, obniżymy podatki. Bach. Kolejne 30 sekund minęło. Buchają salwy gromkich braw na publiczności.

I obaj po części, zarówno w sprawie służby zdrowia jak i opisu sytuacji gospodarczej, mają rację. Tylko co z tego, skoro nie prezentują żadnej wizji reform, a jedynie kulawo, bo mocno subiektywnie opisują rzeczywistość. Ale jak spodziewać się zarówno po jednym, jak i po drugim jakiejkolwiek spójnej wypowiedzi, skoro obaj reprezentują wewnętrznie sprzeczne liberalno (obiecanki-cacanki) – socjalne (wykonywane tuż przed wyborami) programy.

Pozostaje więc nam pojedynek na ogólniki. A i tu niczego nowego się nie dowiemy. Pozostaniemy dokładnie w tym samym miejscu, w którym byliśmy przed debatą. Kaczyński będzie bowiem mówił o państwie, w którym nie ma przywilejów i koterii, które jest sprawiedliwe i prawe, Kwaśniewski będzie mówił o państwie obywateli, swobód i tolerancji, przeciwstawiając to obrazowi państwa autorytarnego.

Kaczyński nie będzie mówił o ludziach, którzy znaleźli się w spółkach skarbu państwa dlatego, że są znajomymi ich mamy. Kwaśniewski nie będzie mówił o tym, że różni biznesmeni robili częste wycieczki do jego domu w sprawach co najmniej podejrzanych. Kaczyński nie będzie mówił o robieniu z Leppera wicepremiera, a Kwaśniewski nie będzie mówił o przytulaniu się SLD do Samoobrony.

I tak będą mówili i nie mówili (żeby było po “amerykańsku” w kilkudziesięciosekundowych odcinkach) , tylko, że taka a nie inna wizja w żaden sposób nikogo nie przekona. A właściwie przekona przekonanych. Zwolennicy Kaczyńskiego ogłoszą z pompą, tak jak to zrobił już dziś K. Kłopotowski, miażdżącą wiktorię Premiera, ci którzy będą stali w dokładnej opozycji do Kłopotowskiego, ogłoszą wiktorię rozsądku Kwaśniewskiego nad propagandą Kaczyńskiego.

Dlatego takie debaty nie mają sensu. Jednak tylko takie. Bowiem z rozmowy między Kaczyńskim a Kwaśniewskim niczego się nie dowiem z tego prostego powodu, iż taka debata musi odbyć się na poziomie wysokiej ogólności. Co innego, gdyby debaty dotyczyły konkretnych zagadnień. Szczerze mówiąc mam głęboko gdzieś starcie Kwach-Kaczor, ale z wielką chęcią chciałbym posłuchać debat:

  • Pitera-Ziobro-Kalisz o wymiarze sprawiedliwości.
  • Chlebowski-Gilowska-Hausner o gospodarce.
  • Saryusz-Wolski-Fotyga(!)-Geremek o polityce zagranicznej
  • Kopacz-Religa-Balicki o służbie zdrowia

I o mediach, o rolnictwie, o infrastrukturze, o środowisku, o polityce społecznej, o edukacji, o sprawach wewnętrznych.

Dopóki takich debat nie będzie w mediach, to debaty między Kaczyńskim, Kwaśniewskim, Tuskiem czy innymi, jako nic nie wnoszące można będzie śmiało zupełnie zignorować, bo ani Kwach już się przed debatą nie upije, ani Kaczor Kwaśniewskiemu nogi nie poda.

Kadry PiS wrzesień 22, 2007

Posted by melwas in PiS, polityka, wybory.
add a comment

Za kilka dni zamykają się listy kandydatów do Sejmu i Senatu. Prawdziwą feerię nazwisk serwuje nam PiS. I to jakich nazwisk!

Na początek weźmy panią Rokitę, Nelly Rokitę. Nie ma co się oszukiwać – jest to idealna kandydatka dla Prawa i Sprawiedliwości. Nie dość, że jest na tyle wybitna, iż wystarczył jej zaledwie ponad rok, by skłócić z sobą większość koleżanek z Europejskiej Unii Kobiet, to jeszcze ma zupełnie fantastyczne nazwisko, które jednak oczywiście dla polityków PiS nie ma żadnego, absolutnie żadnego znaczenia. Gdyby bowiem pani Nelly wciąż nazywała się Arnold i nie miała za męża premiera z Krakowa, to 90% występujących w telewizji posłów tak czy siak wkuwałoby na pamięć historię i dokonania EUK.

Ponadto pani Nelly ma jeszcze jedną ważną cechę. Otóż, co jest nadzwyczaj cenne, nie jest przywiązana do stołka. Minęło bowiem tylko kilka dni od jej nominacji na doradcę Prezydenta ds. kobiet a już nowe obowiązki już znudziły się byłej członkini PO. Postanowiła zatem wystartować w wyborach z list PiS. Oczywiście tocząca się w Warszawie kampania wyborcza i późniejsza praca w parlamencie w żaden sposób nie będą kolidować z pracą w kancelarii Prezydenta, gdyż pani Nelly – jak każdy członek PiS ma zdolności i doskonałą podzielność uwagi, co przy połączeniu tych cech wydłuża dobę średni do 28 godzin.

Ta podzielność uwagi i doskonałe rozdzielanie niezależności urzędniczej i zależności politycznej zresztą nie jest obce i innym działaczom PiS. Weźmy chociażby panią Elżbietę Kruk – do niedawna szefową KRRiT, a teraz kandydatkę PiS do Sejmu. Wiadomo oczywiście, że przez dwa lata szefowania Radą była pani minister była całkowicie niezależna od swoich zwierzchników politycznych, a sam fakt tak błyskawicznego powrotu do polityki partyjnej jest zupełnym przypadkiem. Elżbieta Kruk stanowi bowiem doskonały przykład niezależności.

Niezależność ta jednak przejawia się w dość dziwny sposób, a mianowicie taki, że była szefowa Rady jak ognia unika materii, którą zarządza. Pytana bowiem przez Monikę Olejnik o kilka drażniących spraw w telewizji publicznej zawsze odpowiadała, iż sprawy nie zna. W sumie trudno się dziwić, skoro pani szefowa w tym samym wywiadzie raczyła była stwierdzić, iż telewizji nie ogląda. Widocznie jednak odnosi się to tylko do telewizji publicznej, gdyż telewizje prywatne śledzi bardzo uważnie. Tu coś skomentuje, tu zlustruje, tu notatki przekaże, tu wreszcie pieprznie 500 tysięczną karę za przedrzeźnianie. Nic dziwnego, że czasu nie starcza na śledzenie publicystyki chociażby w zakonnych stacjach radiowych.

A skoro pani Kruk nie śledzi audycji w Radiu Maryja, to pewnie również nic nie słyszała o Antonim Macierewiczu, z szybkostrzelnością pepeszy wygłaszającego różne poglądy w Rozmowach Niedokończonych. Trudno także podejrzewać, że o Macierewiczu słyszał Jarosław Kaczyński, bo gdyby o nim wiedział, to pewnie musiałby również posiąść wiedzę, że były poseł Antoni jest szefem Kontrwywiadu, więc umieszczanie jego nazwiska na listach wyborczych partii rządzącej jest cokolwiek kontrowersyjne.

Chyba, że Jarosław Kaczyński uważa, iż taka podwójna rola jest jak najbardziej naturalna. Zwłaszcza, że w czasie kampanii wyborczej Antoni Macierewicz ma przygotowywać do publikacji aneks do Raportu o WSI, który oczywiście znając pana Macierewicza będzie do cna rzetelny i nie będzie w żaden sposób oddziaływał na toczącą się kampanię wyborczą. W końcu pewnie PiS uznałby również, iż całkowicie naturalne byłoby, gdyby generał Dukaczewski – ten sam, który wygrał z Macierewiczem sprawę sądową w sprawie poprzedniego absolutnie udokumentowanego raportu – jeszcze podczas pełnienia funkcji szefa WSI, wystartowałby w wyborach z list SLD.

Jest to całkiem możliwe, bo i stosunek PiSu do SLD zmienia się dość znacząco. Za przykład można wziąć chociażby symbol PiS, czyli Ludwika Dorna, który jeszcze jakiś czas temu mówił o Leszku Millerze, jako politycznym zombie a dziś wyjaśnił, że chodziło mu raczej o wojownika. Lecz PiS nie zmienia ocen tylko w stosunku do samego SLD, ale i jego wycieraczki czyli Samoobrony. I nie chodzi tylko o koalicję z warchołami, do której już przecież przywykliśmy, ale o zupełnie nowe zjawisko, czyli przyjmowaniu na łono Prawa i Sprawiedliwości mniej lub bardziej ubrudzonych błotem włókien z owej wycieraczki.

Oczywiście można powiedzieć, iż przecież poseł Budner nic złego nie zrobił i będzie to prawda, bo były poseł Alfred jako żywo cały czas cieszy się wolnością. Ale co powiedzieć o posłach RLN: Tadeuszu Dębickim i Józefie Pilarzu, którzy ponoć mają znaleźć się na listach PiS? No chyba, że uznać, iż ich wirtualna znajomość ze Zbigniewem Ziobrą, którą z taką pasją wykorzystani przy wstrzymywaniu egzekucji komorniczej jest dostateczną rekomendacją do znalezienia na listach PiS. A może chodzi o przynależność partyjną? W końcu chłopcy Bestrego – Giaura dzisiejszej polityki to prawdziwy pro-państwowcy.

Nie mniej wybitni kandydaci to pewnie Ryszard Bender i Anna Sobecka. Ten pierwszy – fantastyczny autorytet – kapitalnie nadaje sie do polityki a cechą, która go wspaniale predysponuje do tego zawodu jest niewątpliwie słaba pamięć. Pan Bender wykazuje bowiem na tym polu nie małe osiągnięcia, że tylko przypomnieć fakt, iż biedny zapomniał, iż Oświęcim był hitlerowskim obozem zagłady. Nie gorzej na tym tle prezentuje się pani Sobecka, była lektorka Radia Maryja – znana poszukiwaczka polskości u lewicowych działaczy i wojowniczka walcząca z szerzącym się w świecie rakiem tolerancji. Wciąż jednak zastanawiam się jak będzie można połączyć solidarność głoszoną przez PiS z postulatem przywalenia podatkiem w ludzi nierozmnażających się, który swego czasu głosiła pani poseł.

Ponoć wszyscy oni to wybitni ludzie. No cóż, tylko przyklasnąć. W końcu, nie pierwsi to wybitni w PiSie.

Tylko życzyć sukcesu.

Dochnal Ostoją Demokracji wrzesień 21, 2007

Posted by melwas in polityka, prokuratura.
add a comment

Kampania wyborcza w toku. Burzą się hormony. W powietrzu wybuchają kolejne piekielnie interesujące (tylko kogo?) fajerwerki. Jednym słowem – karnawał. Ale jednak można odnaleźć miejsce, w którym czas zatrzymał się w miejscu, w którym życie toczy się wyjątkowo leniwie, w którym nic się nie zmienia.

Bez większego echa w mediach przewinęła się informacja, że wielkimi krokami zbliża się Trzecia Okrągła Rocznica Aresztowania Dochnala w skrócie TORAD. Nie wiadomo, czy w związku z tym wydarzeniem minister Ziobro zorganizuje konferencję prasową. Dla przypomnienia – dokładna data aresztowania to 26 września 2004 roku. 26 września wypada akurat środa, więc istnieje spore prawdopodobieństwo, iż akurat ten dzień będzie Dniem Konferencji, jednak pewności nie mamy.

Sama konferencja oczywiście by nie wystarczyła. Ktoś bowiem musiałby zadać pytanie. Wydaje się, że w tej materii nie byłoby problemu, gdyż któreś z mediów krytykujących PiS – tych samych, które walnie przyczyniają się do stanu zagrożenia demokracji – postarałoby się o kolejny 1734 bezprecedensowy atak na prawie (spory w doktrynie) najlepszego ministra sprawiedliwości w historii RP. Gorzej jednak z odpowiedzią – minister nie lubi przecież pytań niestosownych, a i prokurator Barski pewnie nie wspomógłby ministra – ten bowiem zwykle nie odpowiada na pytania “nie na temat”.

A pytanie jest dość ważne. Bo Marek Dochnal siedzi już trzy lata, a jego ewentualny proces jakoś nie może się rozpocząć. Zupełnie pobocznym wydaje się zapewne fakt, iż w Polsce w zasadzie można siedzieć w areszcie 1-2 lata maksymalnie, za wyjątkiem… I ten wyjątek, będący w zasadzie interpretacyjną studnią bez dna, jak wyjaśnia mecenas Kruszyński został w przypadku Dochnala dość skrzętnie wykorzystany.

Marek D. – szerzej znany jako Dochnal to bowiem bardzo smaczny kąsek dla prokuratorów. Lobbysta ponoć wie bardzo dużo. Mniejsza z tym, czy mówi prawdę czy też konfabuluje – ważne jest, że im dłużej siedzi, tym większą może mieć ochotę na plotki ze śledczymi. A plotkowanie to może być bronią dość skuteczną, co udowodniły choćby wypadki przed komisją ds. PKN Orlen czy czegoś innego, czymkolwiek ta komisja się zajmowała.

Wówczas to wszyscy obrońcy demokracji (bo w zasadzie dzisiaj wszyscy bronią demokracji) i wielbiciele standardów w osobach Romana Giertycha, Antoniego Macierewicza, Konstantego Miodowicza, Zbigniewa Wassermanna i innych im podobnych mieli wyjątkową frajdę, gdyż mogli sobie pojechać do aresztu i prawdziwego więźnia przesłuchać. Wtedy to mieliśmy okazję posłuchać sobie cudnych i literackich przecieków, pooglądać zdjęcia i filmy a także poobserwować marsowe miny umęczonych posłów. Co prawda póki co nic z tych min nie wynikło, ale zabawa na pewno była przednia.

Wówczas to przetoczyła się burza przez media. Dochnal miał nawet wyjść – ale chyba został zrobiony w bambuko, bo nawet Giertych go z aresztu nie wyciągnął. Po burzy z Dochnalem była burza z Cimoszewiczem. I Dochnal siedział. Nastąpiły wybory: prezydenckie, parlamentarne, samorządowe. Tworzyły i nie tworzyły się rządy, rozpadały i nie rozpadały się koalicje. A Dochnal siedział. Wreszcie przyszły kolejne wybory – i Dochnal siedzi nadal.

Wydaje się zatem, że Marek Dochnal to cenna zdobycz polskiej demokracji. Bowiem mogą się dziać nieprawdopodobne i niewyobrażalne rzeczy, mogą padać pałace i zmieniać się rządy – a jedno będzie stałe w tym naszym publicznym życiu – Dochnal będzie siedział. Za ten dar dla demokracji dziękujemy prokuraturze. Może za 2 lata, w okazji 20 lat demokracji i 5 lat odsiadki Dochnala czekają nas jakieś większe obchody?

Można się o tej sprawie wypowiadać szyderczo – a robią to tylko wyjątkowe szuje, ale warto przyjrzeć się sprawie w nieco szerszym aspekcie. Marek Dochnal siedzi w areszcie zgodnie z prawem. Czy zgodnie ze sprawiedliwością? Może i tak. Ale pomyślmy – skoro Dochnal, zgodnie z prawem, może być przetrzymywany z areszcie już trzeci rok, to czemu – zgodnie z prawem – nie mogą dziać się inne, równie kontrowersyjne rzeczy? Czy mogą być niepotrzebnie przesłuchani ludzie, czy mogą być przeprowadzane bezcelowe zatrzymania albo czy mogą być zakładane naciągane podsłuchy?

Ano mogą. I w tym sęk. Bo władza jest sprytna. Władza się szybko uczy. Nie ma już tak wielu kretynów, którzy pełniąc wysokie funkcje dadzą się przyszpilić byle paragrafem. Dlatego tak ważne są obyczaje. O tych jednak politycy zapomnieli. Lepiej bowiem być prawnikiem, wysapać parę paragrafów a pytanie o uczciwość działań skwitować głupkowatym tekstem – “taka jest polityka”. Właśnie – jaka?

Feminiści z ekranu tivi wrzesień 19, 2007

Posted by melwas in media, polityka.
add a comment

Głośno się zrobiło o Partii Kobiet Manueli Gretkowskiej. Głównie ze względu na ciekawy chwyt marketingowy zastosowany przez szefostwo nowej partii. Była więc okazja posłuchać, co mówi pani Gretkowska i jak o niej mówią dziennikarze i politycy – z natury zagorzali obrońcy kobiet.

Sama Gretkowska wystąpiła w Magazynie 24 Godziny obok minister Kluzik-Rostkowskiej i Joanny Senyszyn. Kluzik-Rostkowska starała się mówić konkretnie, Gretkowska opowiadała, jak to pisarka, ładnie ale niekonkretnie, a Senyszyn chyba przez cały program szukała okazji, co by z młodszej politycznie koleżanki się pośmiać.

Całe zamieszanie wywołał oczywiście plakat Partii Kobiet, na którym przedstawione były członkinie partii nago. Nie ma co ukrywać – pomysł panie i panowie z nowej partii mieli znakomity. Gdyby plakatu nie było, pies z kulawą nogą by się nie zająknął o partii Gretkowskiej – a tak jej nowy twór polityczny wylądował momentalnie na tapecie. Chwyt był oczywiście dość banalny, więc tym śmieszniejsze były wyjaśnienia Manueli Gretkowskiej mówiące o tym, co to te nagie ciała symbolizują a co nie. Niemniej jednak najwięcej śmiechu był zarówno przed występem pani Manueli, jak i po.

Przed był nieco lepiej, bo Magazyn prowadził Piotr Marciniak, który choć widać było, że ledwo co trzyma się w seksistowskich blokach startowych, to zachował nieco rozwagi. Nie powstrzymał się jednak przed brutalnym atakiem na posła Mularczyka, który po podstawieniu mu pod nos zdjęć paru nagich kobiet oblał się rumieńcem i pozwolił sobie na dowcipną uwagę w stylu: “He he – gołe dupy – nie wiem, czy na nie nie zagłosować w takim razie”. Poseł Palikot – znany z zamiłowania do penisów – okazał się bardziej wytrzymały i zdobył się tylko na lekkie sapnięcie.

Apogeum jednak nastąpiło tuż po programie Marciniaka. Do mikrofonu dorwali się panowie Morozowski, Semka i Lizut. Andrzej Morozowski sam w sobie gwarantuje idiotyczne uwagi, ale dzielnie pomagali mu obaj niezależni publicyści. Śmiechu było co nie miara, a za wodzireja wyraźnie robił Mikołaj Lizut z gazety (centrowej? tolerancyjnej? lewicowej? prokobieciej?) słynącej z politycznej poprawności.

Cytatów dokładnych nie pamiętam – zresztą nie one są tu najważniejsze. Ważne, że była świetna zabawa. Wszyscy trzej panowie przez dobre kilka minut rżeli aż miło. Lizut się cały czerwony zrobił na twarzy, Morozowskiemu rączki tak chodziły przy machaniu, że omal nie zrzucił okularów a Semce z nadmiaru humoru tak trzęsły się pulchne policzki, że aż grzywka mu się zmierzwiła. Były więc dowcipy, ironiczne gadki, śmiechy-chichy i wyznania Lizuta, że Gretkowska to niezła laska w sumie.

Ale i tak najlepsze było potem, bo co się stało? Ano obudził się (najpierw w publicyście Semce) duch feministy. Jak już się ponabijał z Partii Kobiet, to uderzył w wysokie tony i zarzucił PO (bo komu innemu), że ta w opisywaniu Rokitoszady (copyright Krzysztof Leski) wykazała brak szacunku do szanownej małżonki posła Rokity. No bo jak to można – tak szyderczo i ironicznie komentować niezależne decyzje kobiety (kobiet).

Wtórował mu redaktor Lizut (jeszcze czerwony od śmiechu), który ze smutkiem stwierdził, że wypowiedź Sikorskiego (ta, że wymieniłby zamki, gdyby mu żona przeszła do innej partii) była bardzo zła i nie na miejscu. Oczywiście na miejscu były wszystkie wcześniejsze dowcipy (zabrakło tylko jakiegoś żarciku o blondynce Gretkowskiej) Lizuta zaprezentowane ledwie kilkadziesiąt (sic!) sekund wcześniej.

No i teraz zaczęli panowie rozmawiać o braku szacunku dla kobiet. Semka, który przez chwilową powagę zdażył nieco ochłonąć, z gracją ciskał gromy w Platformę Obywatelską; ripostował redaktor Lizut – zarzucając PiSowi takowy brak szacunku. I tak sobie jeszcze chwilę dyskutowali panowie feminiści, co by się za chwilę ponabijać z Pawlaka (który podobnie jak PO montuje bomby – nawiasem obstawiałbym twórce GG na listach PSL).

Jakoś tak uznałem tę dyskusję za symptomatyczną – zwłaszcza, że kilka dni temu Galba raczył był się zniesmaczyć postawą PO wobec Rokity. W zniesmaczeniu towarzyszyli mu zwolennicy PiS, którym jednakże dziwnym trafem udało się uniknąć zniesmaczenia, gdy prezydent Kaczyński przywalił dziennikarce z obozu słusznie wrogiego. Podobnie było, gdy o prezydentowej Rydzyk powiedział, że jako czarownica powinna poddać się eutanazji. Z tym, że należy oddać, iż wówczas część komentatorów dzielnie broniła prezydentowej słowami: to nie było o Kaczyńskiej, ale o Środzie. Nie inaczej, bo równie wybiórcze oburzenio-zniesmaczenie towarzyszyło samym politykom PiS.

A dzisiaj można było zobaczyć ich prawdziwe oblicze. Wspaniałych polityczno-publicystycznych feministów z ekranu tivi.

Kłamstwo Katyńskie wciąż żywe wrzesień 18, 2007

Posted by melwas in Rosja, historia.
add a comment

Nie jestem typem człowieka, który lubuje się w szamotaniu się patriotyczno-patetycznym wirze emocji. Nie lubię się oburzać bez powodu, machając przy tym biało-czerwonym sztandarem. Nie odnajduję przyjemności w rozważaniu, czy Kwaśniewskiego za wywiad w “Vanity Fair” należałoby ogolić, wychłostać czy rozstrzelać.

Nie mniej jednak to, co napisała “Rossijskaja Gazieta” powinno spowodować patriotyczne uniesienie. Nie dlatego, że uderzono w godność i historię Polski. Żaden artykuł w żadnej gazecie nie spowoduje, że Polska straci cokolwiek. Artykuł w rosyjskiej gazecie jest tak ohydny i haniebny dlatego, że próbuje wpleść w zwykłe polityczne gierki tragedię tysięcy ludzi. Tym gorzej, że takie metody – oparte na totalnych bzdurach czy zwykłym kłamstwie – stosuje gazeta rządowa.

“Rossijskaja Gazieta” twierdzi, iż “odpowiedzialność ZSRR za zbrodnie katyńską nie jest oczywista”, bo cała relacja na temat Katynia opiera się na jednym kserze rozkazu Berii. Takich wierutnych bzdur nie sposób nawet komentować. Bo można mówić o setkach dokumentów, o znalezionych rzeczach (które jednoznacznie wskazują na datę mordu Katyńskiego), o relacjach katów z NKWD. Idąc tropem rządowej gazety można dojść do wniosku, że skoro Katyń to nie NKWD, to może i Wasilij Błochin nigdy nie istniał, może nie istniał Ławrientij Beria – może nawet nie było Stalina?

Gdyby to pisało byle jakie pisemko, można by to puścić mimo uszu. W końcu nie takie bzdury krążą po niektórych polskich gazetkach osiedlowych. Ale gdy takie piramidalne łgarstwa pisze rządowa gazeta, gdy za przyzwoleniem Putina kolportowane są radzieckie kłamstwa, to należy na chwilę przystanąć i zastanowić się, o co tak naprawdę chodzi Rosji.

Tym bardziej kuriozalne są takie ataki w momencie, gdy Prezydent Kaczyński wygłasza koncyliacyjne przemówienie, w którym prosi o jedno – o prawdę. Putin widać prawdy nie lubi. Bo i prawda nie jest mu do niczego potrzebna. Nie na prawdzie oparte są kłamstwa na temat Katynia, nie na prawdzie oparte kłamstwa na temat mordów w Czeczenii.

Dlatego tak ważny jest film Wajdy akurat teraz. Tak ważne jest również, by film ten i prawdę o Katyniu wypromować jak najmocniej na świecie. Tak aby nikt na świecie (ani na Wschodzie ani na Zachodzie) nie mógł mieć wątpliwości co do tego jaka jest prawda. Trzeba to zrobić, by Putin nie mógł nie czuć wstydu, negując mordy NKWD. Z tego samego powodu trzeba postarać się, by film “Katyń” trafił do Rosji. Tam jest on potrzebny może nawet bardziej, niż w Polsce – tam bowiem kłamstwo Katyńskie jest wciąż żywe.

Złodzieje Historii wrzesień 17, 2007

Posted by melwas in historia, polityka.
add a comment

- Łapać złodzieja! – ryczał przeraźliwie starszy Pan, wymachując podniszczoną laską w powietrzu. Młody mężczyzna, słysząc jęki staruszka podbiegł szybko.

- Gdzie?! – wysapał, nerwowo rozglądając się wokół. Staruszek, gdy zobaczył młodzieńca opuścił laskę i usiadł na metalowej ławeczce w zapyziałym parku.

- Wszędzie – wymamrotał starzec ze smutkiem.

- Nie rozumiem.

- Kradną wszędzie, młody człowieku – rzekł cicho staruszek i westchnął głęboko. Młody mężczyzna nieco zdezorientowany pomyślał, że trafił na jakiegoś wariata. Mruknął coś pod nosem i powoli zaczął odchodzić w swoją stronę. Gdy już odszedł na dobre kilkanaście kroków staruszek raz jeszcze zawołał młodzieńca.

- Historię. Historię nam kradną. Nam wszystkim – Polakom! – rzekł zachrypniętym głosem, po czym wstał, uniósł laskę do góry i zaczął krzyczeć – Łapać złodzieja! Łapać złodzieja!

***

Napaść sowietów na Polskę 17 września była początkiem okrutnych czasów dla Polski. Przez blisko 50 lat od tamtego dnia Polacy wciąż musieli żyć w oparach kłamstwa i propagandy. Dziesiątkom milionów Polaków ludzie na szczytach władzy i zwykli miejscowi propagandyści próbowali ukraść to, co najcenniejsze – historię. Prawda o Katyniu to jeden z najgorszych przejawów tego złodziejstwa.

Minęło niemal 20 lat od odzyskania przez Polskę pełni suwerenności a historia powtarza się. Dziś znów garstka fatalnych ludzi próbuje odebrać nam historię. Próbuje zabrać setkom Polaków historię ich życia i wtłoczyć ją w ramy kretyńskiej politycznej bitwy.

Jeden z populistów krzyczy na całą Polskę: my jesteśmy tu gdzie wtedy, oni tam gdzie stało ZOMO – jednym haniebnym ruchem zagarniając dla siebie pokracznymi łapkami kawał historii Polski. Inna propagandystka pisze: To my jesteśmy ta Solidarnością 1980 r i to my mamy prawo oceniać, kto przeszedł próbę czasu i uczciwości, a kto zdradził nasze wspólne idee.Tylko my.

Następnego dnia ta sama propagandysta robi rzecz jeszcze podlejszą i bardziej świńską, zawłaszczając dla siebie i swojego obozu pamięć o ofiarach Katynia i ich pomordowane ciała. Idol propagandystki za autorytet bierze sobie innego kłamcę, tym razem oświęcimskiego i wstawia go na szczyt listy wyborczej. Zaś inna partia robi wielkie susy na drodze kradzieży tradycji “Solidarności”, wymachując na wiecach życiorysami.

To są “złodzieje historii”. Oni kradną Polakom te wszystkie chwile, które powinny stanowić element tożsamości narodowej. Cichaczem zabierają wspomnienia, chwile chwały i bólu, by zagarnąć je wszystkie dla siebie. By paradować z nieswoimi medalami, by chlubić się nieswoimi zwycięstwami, by jęczeć w imię cudzych cierpień. A wszystko to w imię tego, by się nachapać, by stawać w blasku fleszy, by ogrzać własną dupę na wysokim skórzanym stołku.

Nie po to ginęli ludzie w Katyniu, by być pożywką złodziei i propagandystów.

***

- Nie boli Pana gardło? – zapytała wysokim głosem dziewczynka, siadając obok staruszka. – Tak pan głośno krzyczy.

- Boli. Boli – sapnął starzec. – Ale co zrobić, jak mnie okradają? Trzeba krzyczeć. Mocno krzyczeć!

FPFP (Fikcyjna Powieść Fantastyczno-Polityczna): Upadek Rakiety wrzesień 15, 2007

Posted by melwas in political fiction.
add a comment

 

Był późny wieczór, gdy Leszek Gęsicki przechadzał się powoli w swoim gabinecie w Pałacu Prezydenckim. Blady Księżyc rzucał delikatne światło na marsową twarz Prezydenta. Gęsicki usiadł na biurku i raz jeszcze spojrzał na odręczną notatkę, którą otrzymał kilka godzin temu. Mijały kolejne sekundy, a Gęsicki coraz bardziej niecierpliwił się. Wreszcie nie wytrzymał, otarł pot z czoła, wstał i szybkim krokiem udał się do bocznego pokoiku. Jednak w chwili, gdy miał opuścić gabinet drzwi zachrobotały.

- Nareszcie – mruknął. Odwrócił się i zobaczył znajomą sylwetkę. Łagodny uśmiech przemknął po jego twarzy. – Wszystko załatwione?

- Tak, mamy go – usłyszał cichą odpowiedź.

Gęsicki nawet nie próbował ukrywać, jak bardzo cieszy go ta wiadomość.

***

- Janek, ktoś dzwoni – rzucił nagle radny Rabin, spełznąwszy z opasłego fotela.

Jan Rakieta z trudem podniósł się z niewygodnego materaca, na którym sypiał od kilku dobrych dni, odkąd młodzi krakowscy p.o. działacze spalili mu mieszkanie. Szybko omiótł wzrokiem malutki pokoik. Jego wierny przyjaciel, radny Rabin trzymał w ręku czarną słuchawkę zabytkowego telefonu.

- Do mnie? – zapytał niemrawo poseł. Rabin nic nie odpowiedział, tylko podał przyjacielowi słuchawkę.

- Tak?

Poseł Rakieta szerzej otworzył oczy. Nagle strasznie pobladł. Jego oddech zwolnił. Ręka w której trzymał słuchawkę coraz bardziej drżała. Drugą przyłożył do suchych ust, próbując zasłonić twarz. Na oczach malowało się przerażenie. Po chwili Rabin usłyszał w słuchawce tętniący sygnał zajętości. Lecz Rakieta wciąż nie opuszczał ręki. Radny z niepokojem spojrzał na swojego kompana.

- Jasiu?

- Mają ją. Mają Kelly – odparł pustym głosem Rakieta.

- Kto? – Rabin w jednej chwili wyprostował się.

- Dobro.

Rabin tylko przełknął ślinę i spojrzał w zabrudzone okno. Padał rzęsisty deszcz.

***

Tymczasem minister Dobro, jak każdego dnia, spędzał wolne chwile na Rakowieckiej słuchając Beethovena. Swój gabinet miał tuż obok cel więźniów politycznych. Za każdym razem gdy przychodził do więzienia, rozsiadał się w swoim skórzanym fotelu i nastawiał któryś z utworów Mistrza. Wcześniej zawsze otwierał drzwi na oścież. Uwielbiał, gdy te wiedeńskie nuty mieszały się z jękami torturowanych więźniów. Suma tych dźwięków tworzyła niezwykłą wręcz symfonię – morze nut, w którym Dobro uwielbiał się pławić.

- Nowe dokumenty, panie ministrze – rzekł nieśmiało jeden z funkcjonariusz, stając obok Dobry.

Dobro rozpiął najwyższy guzik białej, wykrochmalonej koszuli i chwycił plik dokumentów. Otworzył pierwszy z góry – zaczął przeglądać. Kochał to robić. Przeglądał daty, opisy, życiorysy, spoglądał na zdjęcia, rozczytywał się w donosach – a wszystko to w majestatycznej aurze Beethovena.

-Zostaw mnie samego – rzekł zimnym głosem minister, a funkcjonariusz pospiesznie opuścił gabinet.

Po kilku chwilach przed jego oczami wylądowała najnowsza teczka, którą otrzymał. Minister, spokojnie, jakby przeglądając stare dokumenty, które przy silniejszym dotyku mogłyby się rozpaść, uchylił okładkę teczki.

- A więc wreszcie jesteś, moja droga – szepnął pod nosem a po jego twarzy przemknął złowieszczy uśmiech. W tle wciąż grał Beethoven.

***

- Jeśli nie zrezygnuje z polityki – zrobią jej krzywdę – rzekł nerwowo Rakieta, w biegu ubierając płaszcz.

- Jesteś pewien, że to on? – zapytał radny Rabin, podążając za posłem.

- To musi być on. A kto inny? – powiedział Jan nawet nie odwracając się do Jarosława. – Tak, to na pewno on. Tylko on jest do tego zdolny.

- Co teraz?

- Jedziemy do TVMu. Natychmiast – rzekł pośpiesznie Rakieta, szukając czegoś w komodzie – Muszę wygłosić orędzie! – dodał i zarzucił kapelusz z ostrym rondem na głowę, po czym opuścił dom radnego.

***

W redakcji TVM życie toczyło się jak zwykle. W newsroomie panowała burza związana z kolejnym niepokojącym oświadczeniem premiera. Tymczasem w pokoju obok redaktor Zimowski spokojnie popijał kawę i oglądał swój ostatni występ na antenie. Stojący obok – początkujący reporter stacji również przyglądał się występowi mentora.

- Pięknie Pan wypadł, panie redaktorze Zimowski – pisnął reporter cienkim głosem.

- He he – zaśmiał się zwyczajowo Zimowski i dopiwszy ostatni łyk kawy, odwrócił się do swojego ucznia – Wiem. Tak sobie pomyślałem, pracujesz już tu trochę. W sumie możesz do mnie mówić Zimo.

- Dziękuje, panie redaktorze! Tzn. Zimo! – zapiał reporter.

- Luz. A teraz przynieś mi kawę. Skończyła mi się – rzekł bez entuzjazmu doświadczony dziennikarz.

Reporter w mgnieniu oka wyskoczył z pokoiku, żeby przyrządzić nową kawę swojemu nauczycielowi a sam Zimowski wrócił do oglądania programu ze swoim udziałem. Właśnie uśmiechał się słysząc kolejny swój błyskotliwy żart, kiedy usłyszał walenie do drzwi. Początkowo nie zareagował, ale kiedy łomot nabrał bardziej irytującego wyrazu leniwie stoczył się z fotela, na którym siedział i otworzył drzwi.

- Co znowu? – mruknął pod nosem, ale po chwili zobaczył, kto stoi za drzwiami – Poseł Rakieta?

Rakieta rzucił szybko płaszcz i kapelusz na jedno z biurek stojących w pokoiku. Przyklepał zmierzwiony włos i wyciągnął Zimowskiego z pokoju.

- Muszę wygłosić orędzie! – wysapał. Zimowski nieco zblazowany podrapał się za uchem i zmierzył posła Rakietę od stóp do głów.

- Spox – rzekł młodzieżowo – Zawsze służymy opozycji czasem antenowym. Pójdzie Pan Poseł za mną. Tylko bez patosu proszę – rzucił, gdy mijali właśnie studio, w którym jedna z reporterek płakała nad losem jakiejś bardzo biednej rodziny.

Już po chwili poseł Rakieta siedział na foteliku w czyściutkim blueboxie, czekając aż redaktor Zimowski da mu znak, że może mówić. Trwało to chwilę, ale w końcu zaczął przemawiać. Przemawiał dobrych kilka minut a redaktor Zimowski wyraźnie znudzony mową posła już miał zamiar iść po kolejną kawę, kiedy nagle zamarł.

- …dlatego właśnie odchodzę z polityki. Nie będę kandydował ani do Sejmu, ani do Senatu. Z żadnej partii. Odchodzę… – rzekł Rakieta dygocąc. – To już właściwie koniec. Jednak jeśli mogę to chciałem – spojrzał na Zimowskiego a ten kiwnął głową – Chciałem przy okazji mojej rezygnacji zwrócić uwagę na los Afryki. Od wielu wieków ten kontynent cierpi nieustanne katusze. Począwszy od ery kolonialnej, kiedy to… – zaczął mówić poseł, jednak w tej chwili przerwał mu Zimowski – w słuchawce usłyszał, że na antenie leci już blok reklamowy.

- He he… – zaśmiał się Zimo – ale z Pana kłamczuszek, miało być bez patosu.

W tej samej chwili Leszek Gęsicki, oglądając program TVM uśmiechał się szeroko. Kobieta siedząca u jego boku również uśmiechała się, choć mniej wyraźnie. Gęsicki przywołał pstryknięciem jednego z oficerów BOR.

- Sprowadź tu Rakietę. W trymiga! – ryknął władczo.

***

Tymczasem w więzieniu na Rakowieckiej wciąż grał Beethoven. Dobro popijał czerwone wino i przeglądał akta jednej ze spraw. Kilkanaście metrów dalej w jednej z cel, słychać było cichy płacz kobiety. Kobieta przebywała w jednej celi z Grzesiem Odpieralskim, jednak twarz skrywała w cieniu więziennej kazamaty.

- Nie martw się, będzie lepiej. Skończą się te okrutne czasy – rzekł Grzesiu, okrywając zziębniętą kobietę kocem.

Kobietę przywiozło XYZ poprzedniego dnia w nocy. Od tamtej pory jednak nie odezwała się ani słowem. Ponoć sam Dobro interesował się jej sprawą, jednak nadzorca od chwili jej przybycia nie pojawił się w celi ani razu. Odpieralski myślał, że to ktoś z opozycjonistów. Zbliżył się do kobiety, podając jej resztę wody, którą zachował na później. Kobieta drżącymi rękami chwyciła metalowy kubek z wodą. Wzięła dwa łyki, o mało nie krztusząc się.

- Kim jesteś? – zapytał ciepłym głosem Grześ Odpieralski. Kobieta jednak milczała. – Jesteś z opozycji? Powiedz, proszę…

Nagle były sekretarz zamilkł. Przejeżdżająca ulicą ciężarówka przez chwilę oświetliła twarz kobiety. Odpieralski spojrzał raz jeszcze na tą bladą twarz. Nie mógł uwierzyć.

- Daria? – rzekł. – Daria Gęsicka?

***

Jan Rakieta był prowadzony długim korytarzem przez oficerów BOR w kierunku gabinetu Pana Prezydenta. Wreszcie stanął przed ogromnymi dębowymi drzwiami i jeden z ochroniarzy otworzył gabinet. Rakieta postąpił parę kroków do przodu. Obok kominka, w cieniu stała zgarbiona postać prezydenta.

- Jesteś Jasiu – rzekł Leszek Gęsicki, nie odwracając się. – Czekałem na Ciebie.

- Gdzie jest Kelly?! – krzyknął Rakieta, zbliżając się do Prezydenta.

- Spokojnie, spokojnie – odparł Gęsicki, wciąż grzejąc ręce przy trzaskających płomieniach – Wiesz… – rzekł, odwracając się – zawsze ci zazdrościłem. Inteligencji, błyskotliwości, kariery, poważania. Zawsze. W wielu wypadkach to ty byłeś górą – i ja to czułem. Szczególnie przez ostatnie lata. Nie miałeś szacunku dla mnie, Jasiu, nie miałeś szacunku.

- Ale… – powiedział cicho Rakieta, ale Gęsicki uciszył go ręką.

- Ale dziś widzę ciebie – pokonanego. Widzę ciebie na kolanach – i nie powiem – czuję satysfakcję. Tak – myślę, ze to satysfakcja. A może nawet radość. Koniec Rakiety – jak słodko to brzmi. Upadek! Upadek Rakiety! Ha! Jeszcze cudowniej.

- Gdzie jest Kelly? – raz jeszcze zapytał poseł.

Gęsicki uśmiechnął się delikatnie. Odszedł od kominka i otworzył drzwi od bocznego pokoiku. Za drzwiami, w jednym ze swoich kapeluszy stała ona – Kelly – piękna jak zawsze. Rokicie zaszkliły się oczy.

- Oto ona – syknął prezydent.

- Kelly! – krzyknął Rakieta, pobiegł w kierunku żony i chciał rzucić się jej w ramiona, lecz ona w ostatniej chwili usunęła się. Jan Rakieta zdezorientowany upadł na ziemię. – Kelly? Kelly?!

Lecz Kelly nie słuchała go. Minęła swojego męża i stanęła u boku prezydenta Gęsickiego. On tylko uśmiechnął się raz jeszcze złowieszczo.

- Teraz jestem z nim – rzekła zdecydowanie, patrząc Janowi w oczy. Rakieta nie mógł uwierzyć, próbował wstać, lecz był tak wyczerpany, iż nie potrafił.

- Jak to… – próbował zapytać, lecz słowo grzęzły mu w gardle.

- To była gra, Jasiu! Gra! Nie było żadnego porwania! Chciałem tylko, żebyś zrezygnował z polityki. A Kelly mi w tym pomogła. Ba! Doradzała mi! Za jej namową wyrzuciłem z pałacu Darię, za jej namową odstawiliśmy całą tą szopkę! Już od pół roku planowaliśmy to wszystko. A ty – ty, mój kochany naiwny romantyku – dałeś się nabrać! Ha ha ha! – zaśmiał się prezydent szyderczo.

- Nie! – krzyknął Rakieta – To niemożli…- nie zdołał jednak dokończyć, jeden z oficerów BORu uderzył go czymś ciężkim w głowę. Rakieta padł na ziemię nieprzytomny. Gdy inni BORowcy wynosili ciało Rakiety z gabinetu Leszek Gęsicki raz jeszcze spojrzał na swoją piękną doradczynię.

- Udało się – rzekł a Kelly kiwnęła z aprobatą i położyła głowę na ramieniu Prezydenta.

***

Tej samej nocy, gdy Leszek Gęsicki właśnie brał prysznic Kelly Rakieta jeszcze siedziała w swoim gabinecie w Pałacu. Wstała zza biurka i rozejrzawszy się, czy nie ma nikogo w pobliżu, zamknęła drzwi. Wyciągnęła z kieszeni telefon i wykręciła numer.

- Halo? – rzekł mężczyzna, odbierając telefon od Kelly. Właśnie był w USA, na zgrupowaniu swojej drużyny z Wrocławia.

- Wszystko załatwione. Jestem doradczynią Prezydenta. Rakieta załatwiony – rzekła szeptem Kelly.

Mężczyzna przyjął wiadomość z uśmiechem. Kelly jednak wciąż wydawała się zdenerwowana.

- Wspaniale. A więc wszystko zgodnie z planem. Mój mocodawca będzie bardzo zadowolony. Teraz muszę już kończyć. Do usłyszenia niebawem – usłyszała niski głos w słuchawce. Rozłączył się.

Kelly siedziała jeszcze chwilę w gabinecie, trzymając w rękach telefon. Po chwili wstała i wyszła z gabinetu, zostawiając krótką notkę Prezydentowi.

Przyganiał kocioł garnkowi wrzesień 4, 2007

Posted by melwas in lisicki, media, michnik.
add a comment

Paweł Lisicki w dzisiejszym komentarzu w “Rzeczpospolitej” oburzył się strasznie na wypowiedź prezydenta Havla na temat wyborów. Tak się biedny oburzył, że nie zauważył że przy okazji zastosował tą samą retorykę, którą krytykował.

Paweł Lisicki:

Tylko że tu chodzi o coś więcej. Nie o zwykły błąd w ocenie rzeczywistości. Część radykalnej opozycji usiłuje po prostu wykorzystać swoje kontakty i znajomości do obalenia obecnego demokratycznego porządku. Wykorzystuje niewiedzę Havla i używa go przeciw polskim interesom, byle postawić na swoim. Nienawiść do rządów Kaczyńskich tak zaślepiła ich wrogów, że dla natychmiastowego obalenia władzy gotowi są zaakceptować wszelką pomoc. Oni po prostu już nie są w stanie czekać. Nie potrafiąc zdobyć zaufania własnych obywateli, szukają oparcia gdzie indziej. Marzą o natychmiastowej zmianie. A skoro nie udaje się do niej Polaków przekonać, skoro nie ma żadnej pewności, że Kaczyńscy przegrają z kretesem, chcą to narzucić.

Adam Michnik:

Powiedzieć wypada dziś jedno – ale za to dobitnie. Rubikon został przekroczony; Rubikon, który oddziela demokratyczne państwo prawa od państwa pełzającego zamachu stanu. Nie można już mieć wątpliwości – środowisko braci Kaczyńskich użyje wszystkich chwytów i sposobów, by ukryć prawdę o swych ponurych sekretach i ocalić władzę do nowych wyborów.

Paweł Lisicki, gdy słyszy, że Polsce grozi totalitaryzm wzrusza ramionami. Widocznie ma inne problemy. Na przykład obawia się, że radykalna opozycja (czyli kto? Michnik?) chce obalić obecny demokratyczny porządek. Ba! Są gotowi zaakceptować wszelką pomoc, byleby tylko obalić Kaczyńskich – działając tym samym przeciwko polskim interesom.

Jakoś trudno mi połączyć działanie przeciw Polsce z chęcią odsunięcia demokratycznymi (!) metodami Kaczyńskich od władzy. No, ale dla pana Lisickiego musi to być co najmniej oczywiste. Zwykły człowiek może się zwyczajnie zagubić w otaczającym szumie medialnym.

Otóż ostre pióra dwóch z trzech naczelnych największych gazet w Polsce straszą nas okrutnie, wpisując się tym samym w piękny symetryczny obraz polskiej publicystyki. Bo ja sam już nie wiem, co myśleć. Czy to pełzający zamach stanu przeprowadzany przez kaczystów, czy obalanie demokratycznego porządku przez przebrzydłą opozycję wspieraną najpewniej z zagranicy? Trzeba poczekać, co na to Robert Krasowski z “Dziennika” – może i on ma pewną teorię?

Lisicki i Michnik mogliby się spotkać. Na pewno dyskusja byłaby bardzo ciekawa. Oni by sobie gadali o zamachach stanów, a życie toczyłoby się dalej.

źródła: “Rzeczpospolita” “Gazeta Wyborcza”